Książki - Fragment - Droga Romo powrót >>

Fragment 1

(.)

- Gdzie się podziewasz? Szukałam cię.(.)
- Pójdziesz na te Węgry? - dorzuca jeszcze na odchodnym.
- Jakie Węgry?
- Nie wiesz, co się dzieje na Węgrzech? Przecież tam się krew leje i umierają ludzie. Może, może z tego nawet wojna będzie, tak mówi mój ojciec. Będzie spotkanie studentów na UJ-ocie, żeby zaprotestować. To przyjdziesz?
- No, chyba tak, nie wiem. przyjdę, jeśli on pójdzie.
Rozmawiamy o tym tego wieczoru. O tym, że na Węgry wjechały radzieckie czołgi, że tysiące ludzi zostało rozstrzelanych, młodzi chłopcy, dziewczyny, tacy jak my. O kardynale Mindszentym, który tyle lat był w niewoli, został wypuszczony, a teraz zamknięty z powrotem. Po raz pierwszy rozmawiamy o czymś tak poważnym, żywym, co dzieje się wokół nas i nas też dotyka. Czuję się ważna, bo to wiem, rozumiem i nareszcie mogę coś zrobić. Następnego dnia, kiedy wychodzimy z domu, widzimy na rogu Alej grupkę studentów, zbierają dary, pieniądze dla Węgrów. Pieniędzy nie mamy, ale możemy oddać krew.
***
Przychodnia pełna jest ludzi. Kolejka ciągnie się aż na schody, nie można się dostać nawet na korytarz. Stoimy cierpliwie na tych schodach. Wokół prawie sami młodzi ludzie, kolorowy, niespokojny tłum, z AGH, z Uniwersytetu i kilka osób, które znam z Akademii. Wszyscy mówią o Węgrzech. Nad moją głową krzyżują się wiadomości. Dowiadujemy się niesamowitych rzeczy. Na Węgrzech są podobno dwa rządy i między nimi straszna wojna. Są tysiące zabitych i rannych. Budapeszt płonie.
Mówią, że niektóre oddziały wojsk radzieckich przeszły na stronę powstania i że potem posłano inne oddziały, a te mordowały ludność cywilną, nawet dzieci, była rzeka krwi.
Podobno studentów węgierskich deportują teraz do Rosji, całą młodzież.
- T o samo mogło być w Polsce - dodaje ktoś głośnym szeptem.
- Coś ty! Gomułka jest po naszej stronie - uspokaja wysoka dziewczyna w czarnym berecie.
Słucham tych wszystkich słów pełna zamętu, są we mnie wspomnienia, których nie chcę teraz przywoływać. krew, żołnierze, wojna, dzieci.
Jest zimno i mroczno. Ludzie przyszli w czapkach i szalikach, ja, jak zwykle, ubrałam się za lekko i teraz
trzęsę się z zimna, jestem na czczo i już mi się nie chce oddawać tej krwi, ale obok mnie stoi Lord, bardzo blady, przecież nie zostawię go samego. Przede mną ładny wysoki chłopak o blond włosach, w skórzanej kurtce, opowiada dość głośno koledze o tym, jak chciał uciekać, dostać się na Węgry, żeby walczyć, ale zatrzymali go na granicy. "Dobrze, że cię nie wsadzili", dodaje jego znajomy. A potem mówią coś szeptem. "Ale to jeszcze nie koniec, nie koniec - powtarza blondyn mocnym głosem. - Odpłacić im trzeba za tę krew."
Moje wspomnienia odzywają się coraz dotkliwiej, nie chcę ich w sobie słyszeć. Słowa: wojsko, wystrzały, krew, obrazy, do których już teraz nie wolno mi wracać, bliskie i dalekie, mieszają się w mojej głowie.
Wreszcie udaje nam się opuścić schody. Najpierw jest biuro, w którym trzeba się zarejestrować. dobrze, że mamy wszystkie badania lekarskie.
- Oni spiszą nasze nazwiska, przecież musisz pokazać legitymację, i mogą nas potem. - odzywa się czyjś głos.
- Coś ty! Przecież nawet Gomułka z Cyrankiewiczem.
- powtarza dziewczyna w berecie.
- Spiszą, nie spiszą, idziemy! - woła ktoś inny.
W gabinecie lekarskim jest jeszcze większy tłok i zamieszanie. Gabinet został podzielony na swego rodzaju kabiny osłonięte parawanem z białego płótna. W kabinie jest jedno krzesło. Wpuszczają po dwie osoby, ta druga musi stać. Dyryguje tym wszystkim ubrana na biało pielęgniarka ze strzykawką w ręce. Przede mną w kabinie ten wysoki blondyn siada na krzesełku i odsłania ramię. Odwracam głowę, żeby nie patrzeć, i nagle słyszę łoskot, chłopak miękko osuwa się z krzesła, teraz widać, jaki jest duży, jego nogi zajmują prawie całą przestrzeń, jego głowa tuż koło moich stóp.
- No, panie, co z panem? - pielęgniarka odkłada strzykawkę i wybiega na korytarz.
Klękam przy zemdlonym i układam jego głowę na moich kolanach, a on po chwili sam otwiera oczy i patrzy na mnie zamglonym, nieprzytomnym wzrokiem.
Wraca pielęgniarka z jakimiś lekami, uśmiecha się, widząc nas na podłodze.
- Niech się pan nie przejmuje - pociesza chłopaka, który podnosi się szybko. - Mężczyźni częściej mdleją - dodaje.
- No, teraz pani kolej - słyszę po chwili.
***
Od tego czasu przez całe życie bałaś się zemdleć, Romo, pamiętasz, prawda? Zawsze miałaś w pamięci tego dużego chłopaka, zupełnie bezbronnego na podłodze, i w jego oczach jakiś wstyd.
Od tego czasu nosiłaś zawsze w torebce kropelki. Często sprawdzałaś, czy nie robi ci się słabo, i boisz się tego do dziś. Ale do tego się, droga Romo, nie przyznamy, prawda? Niech to zostanie między nami, niech nikt się nie dowie. Tyle jest w nas wstydliwych lęków, o których nawet nie wiemy, skąd się biorą. Bo strach jest sumą złych doświadczeń i szczególnie mocny jest u tych, którzy nie potrafią niczego zapomnieć, jak ty, Romo.
***
Kiedy wychodzimy, trzymam się Lorda bardzo mocno, tęsknię już za naszą dziuplą, za pokojem bezpiecznym jak twierdza, za mocnym uściskiem czyichś ramion. Ale nie idziemy jeszcze do domu. Lord wstępuje do sklepu i kupuje butelkę wódki. Zatrzymujemy się potem w cieniu bramy kościoła Mariackiego. Po raz pierwszy widzę, jak pije wódkę. Szybko i łapczywie.
- Nieważne jest dziś, a jutro? Jutra nie ma - mówi potem, obejmując mnie ramieniem. - La tristesse de tout cela. - dodaje swoim nieskazitelnym francuskim.
***
W Krakowie zaczynają umierać poeci. Jakaś fala samobójstw przechodzi przez miasto. Nie mówi się o tym głośno, to tylko szepty.
W codziennych rozmowach, w muzyce, wierszach czuje się ukrytą tęsknotę za śmiercią. Młoda para naszych przyjaciół pewnego ranka otwiera gaz. Giną razem, ale nie zostają razem pochowani, bo na to nie godzi się jej rodzina. Potem umiera młody poeta, który czytał na ławce na Plantach swoje wiersze. A potem
jeszcze jeden, którego mało znałam, choć podobno genialny, tak teraz o nim mówią, zatruł się alkoholem, miał dwadzieścia pięć lat. Pewna znana malarka w Warszawie też odebrała sobie życie. A my, pozostali, spotykamy się, jesteśmy jak zwykle weseli, wymieniamy żarty, anegdoty, flirtujemy, ale kiedy zaczynamy rozmawiać dłużej i poważniej, to zawsze kończy się to wódką.
Mówi się, że pewien znany pisarz w swojej ulubionej kawiarni, otoczony dymem z papierosów, podrywa dziewczyny "na gruźlicę".
- Niedługo umrę, będziesz moją ostatnią dziewczyną - szepcze teatralnie, biorąc ją za rękę.
A ja biegnę po wąskich ulicach, po kocich łbach, pogrążona w myślach i tylko chwilami czuję, że w tym mieście za każdym rogiem czai się rozpacz.
***
Tyle się działo, że przez dwa dni nie zdążyłam wpaść do domu. Ostatnio prawie wcale w nim nie bywam, tyle tylko, żeby się przebrać albo wykąpać w wannie, u niego jest taka maleńka łazieneczka, biorę kilka rzeczy i już mam ochotę uciec, tak się tu nagle zrobiło ciasno. Czasem spotykam Marynię, ale ona już nic nie mówi, o nic nie pyta. nawet jej wieczne żarciki i pretensje umilkły.
Wchodzę do naszej bramy, pogrążam się w mroku ciemnej sieni, gdzie pachnie kurzem i wilgocią, i nagle czuję znajomy niepokój. Czy coś się stało? Może nas okradli? Przypominam sobie szybko, czy ostatnim razem zamykałam drzwi i czy jeszcze mam klucze. a może coś się stało Maryni.
Przed drzwiami nerwowo wyszarpuję klucze z torebki, ale już nie muszę ich używać - drzwi się otwierają, a w progu staje z ręką na klamce moja mama.
***
- Od dwóch dni cię szukam - mówi bezdźwięcznym, matowym głosem, jest bardzo blada, widać to nawet w tym świetle - właśnie miałam zamiar iść na milicję. Pisała, nie czytałam listów, zostały w skrzynce zawiadomienia z poczty, których nie odebrałam, wysłała telegram, który leży teraz na półce w przedpokoju. Dzwoniła, ale nikt nie odpowiadał, więc wsiadła w pociąg. Wchodzimy. Siadam na tapczanie, nagle strasznie zmęczona. Ona stoi nade mną, widzę, jak źle wygląda,  ma siwe włosy, zapłakane oczy. Przytyła chyba, ale wydaje się mała, jakby ubyło jej wzrostu. Jest mi przykro, jest mi smutno. Wstydzę się. Jestem zła na siebie, jestem zła na nią, bo przez nią się wstydzę. Stoi nade
mną i czeka na moje słowa w niemym cierpieniu. Ale cóż ja mam wyznać? Boję się wyznań. Chciałabym ją przytulić, taką małą i niegroźną, ale nie wiem, jak to zrobić. Już bym nie umiała, od tak dawna się nie dotykamy.
***
Zaczną się teraz dla was, Romo, trudne dni. Byłaś pod jej opieką zawsze, odkąd pamiętasz, w czasie wojny, okupacji, kiedy zostałyście na świecie same. Każde oderwanie się od matki w czasie wojny groziło ci śmiercią, wiedziałaś to dobrze. Każda ucieczka, choćby taka dziecinna, na kilka kroków tylko, groziła śmiertelnym niebezpieczeństwem i była. zdradą.
- T o po to przeżyłyśmy taką straszną wojnę - powtarzała później nieraz - żebyś ty była teraz taka niedobra, nieposłuszna? Taka niewdzięczna?!
Nie mogłaś więc tego dnia stanąć przed nią tak po prostu i powiedzieć: "Mamo, mam chłopaka, spędzam z nim dni. i noce".
Wtedy tak się z dorosłymi nie rozmawiało. Zastanawiam się czy ma sens opisywanie tego dzisiaj - twojego życia, jej życia. To bolało wtedy, boli i dziś. Ale nieopisane będzie jak niebyłe.
Jeżeli więc tylko tak możesz zostawić po niej świadectwo.
Cóż więc zrobisz? Nie znajdziesz słów, będziesz się bała, że ona będzie chciała i będzie mogła tego zabronić, odebrać ci tę wolność, którą właśnie zdobyłaś. Nie znajdziesz właściwych słów i dlatego będziesz tylko coraz bardziej niespokojna, pełna buntu, jakby złapana w pułapkę, coraz bardziej zła i przykra dla niej. A ona, bezradna jak ty, odpłaci ci tym samym.
***
W pokoju wszędzie porozkładane są przywiezione przez mamę rzeczy. Z miękkich bibułek wyglądają kolorowe sweterki, sukienki, których nie śmiem dotknąć ani oglądać, bo na nie nie zasłużyłam, choć pewnie przeznaczone są dla mnie. Pudełka z czekoladkami, jakieś pachnące mydełka, banany, i na stole, na talerzu, zielone jabłka.
Milczę. Milczy i ona. Siada przy stole i czeka na jakieś moje słowa. Jak mam jej to powiedzieć, przecież nie zrozumie, sama nie zawsze rozumiem, co się ze mną dzieje.
Patrzę na ten pokój pełen prezentów, potem na swoje dłonie i milczę.
Aż mama już nie może wytrzymać tej ciszy i w końcu mówi to, co zawsze słyszę, kiedy chce ze mną zawrzeć pokój i nie wie, jak to zrobić.
- Zjadłabyś coś? Jesteś głodna?
Wiem, że jest to zaproszenie do rozmowy. Tylko że my nie umiemy ze sobą rozmawiać. Przeżywam właśnie coś wielkiego. Wydaje mi się, że ona nigdy czegoś takiego nie przeżywała, nie rozumie, a ja nie chcę się tym z nią dzielić.
- Nie, dziękuję, nic nie będę jadła.
Wiem, że muszę coś powiedzieć, wytłumaczyć, czuję, że chciałaby już tylko ode mnie usłyszeć to, co chyba i tak już wie, ale nie umiem zacząć. Żyję teraz w świecie, do którego ona nie ma dostępu, i nie chcę być tam z nią razem.
Zapada cisza, zaraz potem przerwana serią ostrych pytań: Gdzie byłaś? Gdzie ty w ogóle chodzisz? Co zrobiłaś ze studiami? Dlaczego nie bywasz w domu? Co z twoją przyszłością? I to nigdy niezadane, nigdy niewypowiedziane, ale które ja i tak słyszę.
- Jak mogłaś mi to zrobić? - I jeszcze powinna dodać: "po takiej strasznej wojnie.".
Ostrożnie dobieram słowa, coś próbuję wyjaśniać, łagodzę, zmyślam, krążę wokół najważniejszego i tego nie umiem jej powiedzieć. Wiem, że już zdążyła wypytać
Marynię, potem Lenę, więc i tak już się dowiedziała. Jeszcze coś mówię, niepewnie coś tłumaczę, a już mam tylko ochotę uciec od tej rozmowy, od tego pytającego wzroku, od tego wypełniającego pokój jak gęsty dym wyrzutu sumienia, uczucia, że znowu zawiodłam.
Płaczę, chociaż wcale tego nie chcę. Płaczę. A tymczasem ona wstaje i idzie do kuchni. Pewnie zrobić herbatę, a może zażyć lekarstwo na nerwy.
Zaszywam się w kącie pokoju z książką, udaję, że czytam, że się uczę. Mama bez celu krąży po mieszkaniu, bierze do ręki przedmioty, jakby czegoś szukała, odkłada z powrotem. Widać, że nie może odnaleźć się w tym ciemnym mieszkaniu, w tym jesiennym Krakowie i w obecności córki, która milczy i jak się jej pewnie wydaje, już wcale jej nie kocha. Wyobrażam sobie, jak jeszcze niedawno siadywała w jasno oświetlonych wiedeńskich kawiarniach, gdzie po południu ktoś grywał walce na pianinie, jadła torcik z pianką. wiem, że tam za mną tęskniła. Teraz między stronami książki znajduję kartkę z listu od niej, którą wsunęłam tam jakiś czas temu.

.i byłam też na występie Kiepury w Raimundtheater.
Dawali operetkę Paganini. Cieszyłam się, bo to i Jan Kiepura,
nasza przedwojenna sława, i Mártha Eggerth, i piękna muzyka, wytworna publiczność. Ale to już nie był ten Kiepura, teraz z łysinką i brzuszkiem, i głos już nie taki. Mártha Eggerth też już nie czaruje. Opuszczałam teatr z uczuciem, że życie mija i my się starzejemy, ja też. Ale Ty, Córko, masz jeszcze wszystko przed sobą, więc chociaż żyj rozumnie, wykorzystuj mądrze każdy dzień, pamiętaj, co obiecywałaś.

Mama spaceruje tam i z powrotem po mieszkaniu, to już nie są eleganckie ulice Wiednia, teraz tu nie może sobie znaleźć miejsca. przyjechała tylko przeze mnie i wszystko to jest moja wina.
W końcu nie mogę tego wytrzymać, wstaję. Torebka, klucze, jeszcze szybko zabieram ze stołu dwa zielone jabłka i już mnie nie ma, uciekam, zatrzaskując za sobą drzwi. Obiecuję sobie, że wrócę wcześnie, żeby się nie denerwowała, że później porozmawiamy i jakoś jej to wszystko wytłumaczę. Ale nie wracam wcześnie, w ogóle nie wracam na noc. W pokoju Lorda na poddaszu wszystko jest inne i nic nie jest ważne oprócz nas. Nie wiadomo kiedy zrobiła się noc, więc już wstawać nie było warto. Zostałam znowu do rana.
Nie spałam. Wyobrażałam sobie, jak ona tam czeka, stoi w drzwiach, a w oczach ma smutek, rezygnację. Widziałam to wszystko i tym bardziej nie miałam siły wracać.
Moja mama nie rozumie, że niekiedy tracę poczucie czasu, że są chwile, kiedy czas się nie liczy - nie, ona na pewno tego nie rozumie.
Takie są nasze kolejne dni - wracam późno, zawsze mi się wydaje, że tym razem uda mi się bezszelestnie wsunąć do pokoju i do łóżka, tak żeby nie zauważyła, ale mama stoi przeważnie w przedpokoju przy drzwiach albo siedzi w kuchni przy stole, światło jest zapalone, żeby było widać, że nie spała. i tylko na mnie patrzy.
Dalej o niczym ważnym już nie rozmawiamy, a ona tylko mnie obserwuje.
Tak nam mijają dni, a właściwie to my się w nich mijamy. Mama jak zawsze co piątek czyści mosiężne klamki we wszystkich drzwiach, żeby pięknie błyszczały, gotuje rosół i piecze ciasto na niedzielę.
Ja coraz częściej wychodzę z domu, jeszcze zanim ona wróci z pracy. Wracam coraz później, coraz niechętniej. Czasem czuję w sobie tylko zimno i chęć dokuczenia jej, zadania jej bólu. Kiedy wracam do domu, jeszcze w sieni, przed otwarciem drzwi, jeszcze z kluczami w ręku, zatrzymuję się na chwilę. Nagle robi mi się żal i siebie, i jej. Chciałabym wejść, wziąć ją za rękę, powiedzieć: mamusiu, nie gniewaj się, to wszystko nie ma z tobą nic wspólnego, ani z nami, to nie przeciw tobie, że jestem tam z nim, po prostu tam, w jego obecności, zapominam o wszystkim, nie potrafię inaczej. I wiesz, jeszcze się boję, że jeśli na chwilę odwrócę się od niego, nie będę uważna, to on przestanie się mną interesować, po prostu mnie porzuci, tyle przecież jest innych dziewcząt, sama wiesz. Więc muszę, naprawdę muszę tam być. Codziennie. Zawsze. Stoję przed drzwiami z kluczami w rękach, potem wchodzę do mieszkania. W przedpokoju u sufitu pali się żarówka, w jej świetle mama zwraca ku mnie twarz, napotykam jej wzrok karcący i pełen obaw i na ten widok wszystko we mnie znowu zamiera. Wiem, co by powiedziała, gdybyśmy zaczęły rozmawiać. To, co zawsze mówią dorośli: jesteś rozwydrzona, nieskromna i lekkomyślna, już nie pamiętasz, co przytrafiło się Sylwii?
Nie zapomniałam. Chociaż po pewnym czasie, jeśli człowiek stara się o czymś nie myśleć i nie mówić, wtedy to się zaciera, jakby tego nie było.
A gdyby to, co Sylwii, zdarzyło się mnie? Przecież mamusia tego boi się najbardziej. No i tego, co ludzie powiedzą. Takie mam poczucie, że mnie się to nie zdarzy, ale przecież nie jestem pewna. Nigdy o tym z Lordem nie rozmawiamy. Wstydzę się zapytać.
Jest noc i trzeba iść spać. Rozchodzimy się z mamą bez słowa. Słyszę skrzypienie tapczanu w kuchni, gdzie śpi ona, ja kładę się w moim pokoju, pod kolorowym kilimkiem, który już nie daje pocieszenia. Nastaje cisza, którą każda z nas wypełnia własnym milczeniem.
***
Wiem, że nie potrafiłabym nikomu o tym opowiedzieć, gdyby to się zdarzyło.. Nie ufam nikomu, zresztą nikt nie ma czasu, wszyscy są zajęci własnymi sprawami.
Lena też.
Musiałabym to załatwić sama. Sama to przeżyć. Przeżyć i nie umrzeć. Zdobyć pieniądze, umówić się z lekarzem. Przede wszystkim muszę pilnować swojej twarzy, tego, jak wyglądam, co mówię, żeby nikomu się nie zdradzić. Bo wszyscy powiedzieliby: widzisz, po co ci to było, teraz radź sobie sama! To twoja wina! Nikt nie może o tym wiedzieć. Nawet Lena. Ona by rozgadała, zdradziłaby mnie przed mamą. Już wiem, już się o tym przekonałam, że nikt nigdy nie potrafi zachować cudzej tajemnicy, może tylko swoją. Cudze tajemnice wydają się jakby nieważne i można się z nich nawet śmiać.
Wstanę więc wcześnie rano, trzeba starannie się umyć. I jaką wkłada się sukienkę, jeśli się nie wie, czy wróci się w niej żywym? Włożę porządną bieliznę, bo może w niej umrę? Przecież czytałam, że tak może być. Jakiś krwotok czy coś. Pisali o tym w gazecie. Pisali, żeby nie chodzić do jakichś babek ani lekarzy, których się nie zna, ale to przeważnie na wsi, i że dziewczyna może się wykrwawić. Pójdę do lekarza, którego już znam, ale jeśli coś się nie uda? Wkładam sukienkę rozpinaną, bo tam trzeba się chyba rozebrać. No i potem ubrać. Nie wiem, kiedy byłam z Sylwią, to zaraz wyprosili mnie z gabinetu. Wychodzę w pośpiechu. Mówię mamie, że mam dziś wcześniej zajęcia.
- Nie zjesz czegoś, nie napijesz się? - pyta cicho i bez nadziei, że odpowiem. Staram się nie patrzeć na nią, kiedy tak stoi w progu kuchni boso, w nocnej koszuli, z okularami na nosie.
A gdybym tak powiedziała: chodź ze mną! Do lekarza poszłaby na pewno, ale ja nigdy, przenigdy nie mogę tego zrobić, ona by przecież zaraz dostała ataku serca i powiedziałaby: widzisz, do czego doprowadziłaś, nie mówiłam.
Pójdę powoli ulicami, nie za szybko, jakby tych parę chwil miało uratować mnie od tego, co mnie czeka.
Mijają mnie ludzie brzydcy - obojętni, śpieszący się nie wiem po co i nie wiem dokąd. Nie patrzą na mnie, nie wiedzą, że może za kilka chwil umrę i już mnie nie będzie, a oni nawet na mnie nie spojrzeli.
Lekarz sam otworzy drzwi. Znam go już, pielęgniarkę też. Tak bym chciała, żeby chociaż ona się do mnie uśmiechnęła i potrzymała mnie za rękę, ale oboje się śpieszą. W gabinecie pachnie lekarstwami.
Moje nogi przypięte do fotela. Nie ruszać się. Zastrzyk.
- Proszę liczyć powoli do stu.
- Raz, dwa, trzy, cztery.
- Liczyć! Dalej liczyć - mówi lekarz, ale ja już go nie słyszę, odczytuję słowa z ruchu jego warg.
Liczyć! Liczyć! Dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem. Liczenie jest coraz łatwiejsze, zamienia się jakby w śpiewanie. może ja śpiewam, tylko nikt o tym nie wie. Wielkie koła czerwone i niebieskie pojawiają się przed moimi oczami, kręcą się wolno, potem coraz szybciej, porywają mnie ze sobą, wielkie czerwone obręcze wciągają mnie w otchłań, ja. nie mogę. liczyć.
Sześćdziesiąt osiem, sześćdziesiąt dziewięć. nie mogę, bo spadam w głąb. czegoś.
- No, już! Panienko! Jak długo będziemy spać?!
Wstawać, wstawać! Podnosić się. Czekają inni pacjenci. Szybciej!
- To już? Po wszystkim? - pytam, nie otwierając oczu.
- No tak! Już dawno, a pani ciągle śpi. A tu ludzie czekają. Nie jest pani jedyna! No, szybciej! Sukienka, buty! - pomagają mi wstać.
- To ja żyję? - pytam raz jeszcze, ale nie otrzymuję odpowiedzi.
Patrzę na moje bose nogi, ale ich nie poznaję, wkładam skarpetki i buty na te obce stopy.
- Niech pani zainkasuje pieniądze - mówi lekarz do pielęgniarki - i zamówi jej jakąś taksówkę, ja muszę lecieć do kliniki, już i tak jest późno.
***
Leżę na tapczanie przykryta pledem, tym nowym, puszystym, w niebiesko-zieloną kratkę, który mama przywiozła z Wiednia. Boli mnie dół brzucha. Bardzo. Czuję się jak rozdarta na pół. Między podbrzuszem a resztą ciała jest jakby przepaść, a w tej przepaści pulsuje ból. Ale muszę to wytrzymać. Drżę na myśl, że będę musiała wstać.
- Przeziębiłaś się? - pyta mama chłodno. Nie chce pokazać, że ją to obchodzi, przecież nie
zasłużyłam na współczucie. Taka dziewczyna, która włóczy się po nocach.- Masz gorączkę? Chcesz aspirynę?
Potwierdzam skinieniem głowy.
- Mam okres - dodaję cicho, na wypadek gdyby coś zobaczyła w łazience.
Czuję, jak cały czas wolniutko sączy się ze mnie krew, nie wiem, czy to jest normalne, czy to już krwotok.
Ale cokolwiek to jest, muszę wytrzymać i nikt nie może się dowiedzieć. Budzę się rano, wstaję i zastanawiam się, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę, czy tylko w mojej głowie. Wiem tylko, że byłam sama, że przetrzymałam to i żyję.
***
Zawsze w trudnych chwilach byłaś sama, droga Romo. Dziś już zdajesz sobie z tego sprawę.
Dziś, droga Romo, widzisz to wyraźnie. Dziś fala tej samotności powraca i już się cofnąć nie zdoła.
Ty zawsze tylko chciałaś załatwić sprawę - porządnie i uczciwie wykonać to, co dał ci do
wykonania los, i zanim się spostrzegłaś, wyrosła przed tobą ściana, a ty osuwałaś się przed tą
ścianą w mrok samotności - w ciemność. Nie czas już dzisiaj wracać do wczorajszego cierpienia, które po prostu było. Możesz sobie dziś wyobrazić, że szłaś na ten zabieg (tak się wówczas mówiło: zabieg, krótko i bez szczegółów). Możesz to sobie wyobrazić, a także i to, że byłaś sama. Nie bądź głupia, mówiłaś wtedy do siebie, nie bądź głupia, to nic takiego. To zdarza się wszystkim.
Szłaś? A może zdarzyło się to tylko w twojej wyobraźni? Dziś nie ma to już jednak znaczenia. Myślałaś o tym, myślałaś o tym każdego dnia, bez przerwy. Tak jak większość dziewczyn twojego pokolenia. Jakie więc ma dziś znaczenie, czy zdarzyło się to naprawdę? Więc gdybyś tak poszła, na pewno poszłabyś sama. Nie umiałaś nikomu zaufać, nikomu powierzyć tajemnicy. Może to był twój lęk przed porażką, przed klęską? Póki przeżywasz coś sama, jest tak, jakby się to wcale nie wydarzyło. Nie musisz przeglądać się w oczach innych. Dopiero dziś chcesz być świadkiem swoich własnych spraw, dopiero dziś próbujesz się ze sobą rozliczyć.
Już wiesz, że nie warto się nad sobą litować, choć odrobina współczucia nie zaszkodzi, warto pamiętać. Może tym, co odróżnia cię od wielu ludzi, jest ta twoja pamięć - absolutna jak absolutny słuch.
Dziś wiesz, że niczego ze swojego życia nie zapomniałaś, nie dostąpiłaś łaski szczęśliwego zapomnienia. Ale może dzięki temu możesz teraz ze sobą rozmawiać - z tą dawną i tą dzisiejszą? Na nic nie zdały się nigdy próby wyrzucenia czegoś z pamięci, musiałaś żyć z tymi powracającymi obrazami, z każdym wspomnieniem, które znienacka, nie wiadomo dlaczego, pojawiało się przed oczami. Śmierć twojego ukochanego psa, wiele lat później. Bardzo go kochałaś - nawet dziś, po latach, nie jesteś w stanie opisać jak bardzo; nawet dziś, kiedy próbujesz, masz w gardle szloch i ból, nad którym trudno zapanować. Kiedy zmarł, kupiłaś mu miejsce na spokojnym, pięknym cmentarzu (żyłaś wtedy w kraju, w którym coś takiego było możliwe) i porządną trumnę.
Szłaś potem za tą trumną sama w mroźny styczniowy dzień - nikt ci nie towarzyszył, nie trzymał cię za rękę, padał drobny śnieg, trwało to wszystko strasznie długo, bo ziemia była zamarznięta.
Wróciłaś sama do domu. Usiadłaś potem w pustym pokoju na kanapie, patrzyłaś na lodówkę, gdzie jeszcze zostało jedzenie dla niego. Myślałaś o tym, że już nigdy nie otworzysz tej lodówki i ty sama już nigdy nie będziesz nic jeść. Myślałaś o tym, jak bardzo go kochałaś i że już go nie ma i nigdy nie
będzie. I znowu coś się zamknęło w twoim życiu Ten dzień jest dzisiaj i będzie zawsze takim symbolem twojej samotności.
Ale już wtedy, kiedy miałaś osiemnaście lat, wiedziałaś, przeczuwałaś, że tak będzie, bo nigdy nie będziesz umiała powiedzieć nikomu: pomóż. I może dlatego nikt ci nigdy nie pomógł.


FRAGMENT 2

***
Na korytarzu Akademii wisi wielkie ogłoszenie. Wszyscy studenci muszą iść na badania lekarskie. Każdy
musi mieć zaświadczenie, że jest zdrowy. Prześwietlenie, szczepienie, internista. Koledzy mówią, że nudne są te badania i strasznie długo się czeka, ale bez tego nie wydadzą legitymacji studenckiej.
Najpierw idę na prześwietlenie płuc. Ciemny gabinet przy ulicy Floriańskiej, lekarz nosi wyłożony ołowiem gruby fartuch, ciężki i groźny jak rycerska zbroja. Długo przygląda się zdjęciom moich płuc.
- Nie podoba mi się to, co tu mamy. - mówi w końcu.
- Tak, wiem - wtrącam nieśmiało, zawsze kiedy mówią mi, że nie jestem całkiem zdrowa, czuję się winna.
- Miałam kiedyś zapalenie płuc - tłumaczę.
- Żeby się z tego nie rozwinęła gruźlica - lekarz patrzy na mnie z troską. - Musi pani zdrowo się odżywiać, dużo spać, nie palić.
- Nie palę.
- I przybrać na wadze.
Utyć? Nigdy w życiu! Wychodzę szczęśliwa, że w końcu mnie wypuścił. Nie będę miała gruźlicy! W ogóle nie zamierzam chorować. Choroba to jakaś zdrada wobec mamy, pamiętam to jeszcze z dzieciństwa. Tylko nie choruj, błagała mnie zawsze. Nie choruj, nie rób mi tego! Będę zdrowa, przecież obiecałam.

 Internista przyjmuje w szpitalu daleko na obrzeżach miasta. Długo błądzę po szpitalnych korytarzach. To chyba tu? Grzecznie pukam. Mężczyzna po drugiej stronie biurka jest wysoki i tęgi. Zdejmuje okulary i zaraz wkłada je z powrotem. Patrzy na mnie ciężkim i smutnym wzrokiem. Twarz ma zmęczoną. Nie wiem, dlaczego jestem okropnie zdenerwowana, przecież to tylko badanie. Mdli mnie i kręci mi się w głowie.
- Nazwisko? Imię? Wiek? Ile? Osiemnaście? Rozumiem.
Studentka? ASP, a więc artystka, co?
- Tak, studiuję na Akademii.
Nie każe mi usiąść, a jego pytania uderzają we mnie jak w tarczę. W końcu siadam.
- Sypia pani w nocy? Źle pani sypia? Rozumiem. Co jeszcze?
- Co jeszcze? - odpowiadam cicho i bezradnie. Nie wiem, co jeszcze.
- Ma pani jakieś lęki, kłopoty, zaniki pamięci?
- No nie, pamięć mam dobrą. Ja tylko.
- Niech pani wstanie!
Wstaję.
- Niech się pani rozbierze - rzuca nagle szorstkim głosem.
Zdejmuję bluzkę, spódnicę.
- Rozebrać się! Do naga!
- Do naga?
- Buty! Majtki! Wszystko!
Stoję naga po tej stronie biurka, on siedzi po przeciwnej i tylko na mnie patrzy. omiata mnie wzrokiem
jeszcze raz i jeszcze. Stoję cierpliwie. Mogę tak stać całą wieczność. Stoję, jak stali ci w obozie na apelu. Stoję, bo on powiedział, żebym stała, bo kazał. Mam być naga, więc jestem. Zawsze jestem naga, kiedy się boję.
- Ubierz się - słyszę po chwili, a może to była cała wieczność. - Ubierz się! Już! Szybko! - popędza mnie niecierpliwie zmęczonym głosem. - Idź do domu. Nic ci nie jest.
- Ale ja. to zaświadczenie. do Akademii. - tymczasem on już tylko patrzy na zegarek.
- Powiedziałem, że nic ci nie jest. nie mam czasu, a zresztą, co ja ci napiszę. niedojrzała osobowość?
Może kiedyś dojrzejesz. Idź już! I nie musiałaś się rozbierać. Nie musisz robić wszystkiego, co ci każą. Kiedy wychodzę z płonącymi policzkami, odwracam się jeszcze i wtedy dopiero widzę, że na tabliczce na drzwiach napisane jest: "Doktor Nowak, psychiatra". A ja miałam iść do internisty. Po prostu pomyliłam drzwi.

***

FRAGMENT 3

***
Siedzimy z Lordem na ławce na Plantach. Wystawiam twarz na promienie słońca, przypominają mi się
plaże w Izraelu. Mam jeszcze na skórze trochę opalenizny. Byliśmy ostatnio w teatrze, spotkaliśmy kuzynkę Lorda, on ma wielu arystokratycznych kuzynów.
- Jakie pani ma piękne ramiona - powiedziała, miękko wymawiając "r". Zapamiętałam ten komplement. Nie wiem dlaczego, każde miłe słowo, które usłyszę, nawet nieważne, przypadkowe, tak głęboko zapada mi w duszę. Może dlatego, że nikt mnie nie chwalił ani w szkole, ani w domu, że nigdy tak nie mówiła moja mama.(.)
- T o co robimy dzisiaj? - pytam w końcu. Wiem, że to on i jego humory wyznaczają rytm dnia, ja mogę się tylko dopasować. - Może weźmiemy ślub? - rzucam dla żartu.
- Ślub? - ożywia się Lord. - Ciekawy pomysł. też już o tym myślałem. Też myślałem, żeby się z tobą ożenić. To by mogło być ciekawe doświadczenie. - Mówi o tym jak o jakiejś grze lub zabawie, jakbyśmy się mieli wybrać do teatru albo na bal maskowy. -
Ślub - dodaje - ciekawe, co by o tym powiedziała moja babka, w której żyłach, jak wiesz, płynęła krew polskich królów.
- Byłaby zła, że żenisz się z Żydówką? - Wiem, że nie powinnam tak pytać, ale robi mi się przykro. i zaraz żałuję tych słów.
- Nie, no skąd? - śmieje się Lord. - Byłaby zachwycona na widok min, jakie zrobiłaby reszta rodziny.
A zresztą ona i tak rzadko bywała trzeźwa.
Planty to nasz letni salon, przechodzący znajomi pozdrawiają nas skinieniem ręki, uśmiechem. Siedzimy naprzeciw uniwersytetu, co chwila mijają nas koledzy.
Siedzimy i nie bardzo wiemy, co zrobić z tym czasem. Znów nie poszłam na zajęcia na Akademii, tak nam jakoś płyną te dni i godziny. Możemy pójść na obiad, możemy pójść do niego posłuchać płyt. nic nie musimy. Czekam, aż on sam za nas zadecyduje. Lord. Mija nas grupka roześmianych dziewcząt. Jedna z nich, widocznie znajoma Lorda, zatrzymuje się i zamierza się do nas dosiąść. Lord wyprostowuje się na jej widok uroczyście.
- Wybacz, ma cherie - oświadcza z powagą - ale teraz chcemy być sami, bo omawiamy sprawę naszego ślubu. Właśnie poprosiłem Michelle o rękę. - Zmieszana dziewczyna oddala się pośpiesznie.
- No więc posłuchaj, Michelle - zwraca się do mnie mój narzeczony - ten nasz ślub.

***
Będę miała wystawę w Piwnicy. Moje obrazki będą pokazane na prawdziwej wystawie. Aż trudno mi to sobie wyobrazić. To miejsce jest w Pałacu pod Baranami w podziemiu, ale wszyscy mówią po prostu "Piwnica". Mówi się dużo o Piwnicy już od wiosny. Byłam dość przypadkowo na pierwszym wieczorze, czyli na otwarciu. A przedtem trochę pomagałam ją sprzątać i urządzać. Szłam sobie pewnego dnia po Rynku, aż nagle złapał mnie Piotr: chodź, chodź prędko, chodź pomagać koniecznie, my tu urządzamy Piwnicę, będzie taki klub. Nic nie rozumiałam, ale poszłam, trochę się zdziwiłam, byłam w jasnej sukience i butach na szpilkach, że mam sprzątać jakąś piwnicę. Od razu, jak weszłam, bardzo mi się tam spodobało, stare mury, sklepienie, kominek. dziwnie tajemniczo. (.). Potem chłopcom udało się jakoś zataszczyć na dół pianino, w końcu zrobił się bardzo miły wieczór, zapaliliśmy ogień w kominku, świeczki, w blasku świec piliśmy wino, ktoś grał, śpiewał. Ładnie było i romantycznie, ale nie przypuszczałam, że będzie się można tu spotykać, wydawało się, że nam na to nie pozwolą.
Tylko Piotr był pełen zapału, przekonywał, że zrobimy tu coś wspaniałego, jakiś teatr albo klub. Potem zaglądałam tam tylko od czasu do czasu. A teraz będę tu miała wystawę. Tyle się teraz dzieje w moim życiu.
Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł. koledzy na Akademii zawsze lubili moje obrazki, bardzo wiele porozkradali na pamiątkę, a Piotr czasem u mnie bywał i znał je wszystkie. Któregoś dnia nagle, jak to on, zdecydował, że urządzimy wystawę. mam tylko przynieść wszystkie moje prace i o nic się nie martwić. Postanowiłam na chwilę zapomnieć o moich domowych kłopotach.
Chłopcy wieszali obrazy, na ciemnych ceglanych ścianach wydawały mi się jeszcze mniejsze i jakby ubogie. ale każdy mnie pociesza, że będzie pięknie. I było. Zaprosili chyba pół Krakowa, wszystkich znajomych.
Był Jerzy Skarżyński, znany człowiek i artysta był nawet Marian Eile, redaktor "Przekroju". sama już nie wiem, kto jeszcze.
Zaprosili nawet moją mamę, a ona zgodziła się przyjść. Zjawiła się bardzo wzruszona i onieśmielona, w różowej garsonce. popatrywała to na mnie, to na obrazy, to na tych wszystkich znanych ludzi i myślę, że było jej przyjemnie. Ja długo nie wiedziałam, jak się ubrać, jak ma wyglądać artysta na takiej uroczystości. Miałam jednak tylko tę jedną wieczorową sukienkę z Paryża, czarną w białe kropki. Okazało się, że wyglądała bardzo ładnie i wszystkim się podobała.
Zaraz przy wejściu powitał mnie Piotr z bukietem żółtych róż. Denerwowałam się. Mój mąż prawie cały czas przesiedział przy barku, który ostatnio tam urządzono.
Siedział i uśmiechał się miło, wszyscy mu gratulowali, trochę w żartach, ale jednak.
Potem zrobiło się naprawdę uroczyście. Poeta Ludwik Jerzy Kern, który często pisze do "Przekroju", napisał taką piosenkę o mnie: "Nie ma nocki bez Ligocki", podobno wymyślił ją jeszcze tego popołudnia. Wszyscy zaczęli ją śpiewać, a ja tylko stałam i kłaniałam się. trochę to była śmieszna piosenka: "Piękna nocka, gdy Ligocka - nie ma nocki bez Ligocki."(.).  Wszyscy byli dla mnie bardzo mili, chwalili a to sukienkę, a to warkocz, obrazy też. Na chwilę zapomniałam o moim życiu. A teraz każdy, kogo spotkam, śpiewa tę głupią piosenkę Kerna. już nawet zaczynam mieć tego dość.
***
Nasz ślub odbywa się w letni dzień. Mam białą sukienkę, szeroką, rozkloszowaną, z głębokim wycięciem. Na to bolerko. Sama ją sobie zaprojektowałam. Białe szpilki własnoręcznie pomalowane olejną farbą do obrazów, która jeszcze nie całkiem wyschła. We włosy mam wpięte żywe margerytki.
Tych kilku tygodni przedtem prawie nie pamiętam. Mama cały czas chorowała, leżała w domu bardzo blada, przykładając rękę do serca. Była nawet kilka dni w szpitalu. Boję się o nią i jest mi jej żal. Ale nie chcę, żeby mi jej było żal. Leczy się u profesora Aleksandrowicza, to najlepszy lekarz w Krakowie. Wróciła do domu. Wpadałam do niej na chwilę, pełna skruchy, podawałam lekarstwo, robiłam herbatę. i zaraz musiałam gdzieś biec. Zatrzaskiwałam za sobą drzwi i starałam się nie myśleć; nie mogę się teraz martwić, nawet jeśli nie opuszcza mnie myśl, że to wszystko moja wina.
Rozpościera się we mnie jakieś zimno. Wiem tylko to, że teraz będzie mój ślub, wychodzę za mąż i tylko o tym muszę myśleć, nieważne, co będzie potem, nieważne, nieważne. Nic nie ma znaczenia, nawet zdrowie mojej matki.
Mam zresztą tyle na głowie. Trzeba załatwić papiery, metryki, termin w urzędzie, pilnować krawcowej. Muszę pokazywać się na uczelni, bo jeśli teraz naprawdę mnie wyrzucą, to tego już by mama.
Dostaję też niewielkie stypendium na farby i pędzle i nie chcę go stracić, bo czasem udaje mi się z tego wygospodarować coś na jedzenie, jak już nie mamy ani grosza. Farby i pędzle i tak często dostaję od kolegów malarzy.
Lord odwiedził mamę kilka razy. Pierwszy raz przyszedł z kwiatami. Posiedział chwilę, napił się herbaty. Poprosił o moją rękę, ale mówił to tak, jakby recytował jakiś wiersz, znów miałam wrażenie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Wpadał potem jeszcze kilka razy, siadał przy stole, trochę się nudził, nie rozmawiali o niczym ważnym.
Lord nie przejmuje się niczym. Mama choruje. Wygląda na to, że jedyną osobą, która będzie brała ślub, jestem ja. Wyobrażam już sobie, jak będę nosić obrączkę (mama na razie pożyczyła nam swoje, nie można teraz kupić złota). Kiedy gdzieś razem pojedziemy, będziemy mogli spać w hotelu w tym samym pokoju. Bo bez ślubu nie wolno. Na razie i tak nigdzie nie wyjeżdżamy, bo nie mamy za co, ale jak on już napisze swoją książkę, to będziemy bogaci. Będę miała inne nazwisko, podwójne, przez to będę poważniejsza, bardziej dorosła. Nikt mi już nie powie, że jestem dzieckiem. Na razie Lord wyciąga z rodzinnej biblioteki grube, oprawione w safian tomiska i sprzedaje je, żeby było na ślub.
- Nie myślę o przyszłości - mówi do mnie, widząc, że patrzę na to z troską. - Nasi rodzice wszystko mieli i wszystko stracili, domy, pałace, pieniądze. Zdrowie i życie, wszystko im odebrano. Zawsze może ktoś przyjść i wszystko ci zabrać. Nam już nie ma czego odbierać, bo nic nie mamy, więc czym się tu przejmować?(.) Nie warto nic mieć, liczy się tylko ten moment, ta chwila, jedno uderzenie serca. następne. i jeszcze jedno.- Nie martw się niczym - powtarza Lord. - Można się tylko ze wszystkiego śmiać, bo to wszystko bez znaczenia. my jesteśmy młodzież bez młodości.

Patrzę na człowieka, który wczoraj został moim mężem, wydaje mi się tutaj, w tym pałacu, przy stole,
kimś zupełnie innym. Spokojnym, mniej rozedrganym. Ubrany w atłasową kamizelkę dziadka, białą koszulę, wygląda, jakby się tu urodził i nigdy nie opuszczał tego zamku. Podaje mi talerz i nalewa wino z pewnością i elegancją, jakich jeszcze u niego nie widziałam.
Nasz pokój mieści się na końcu kamiennego krużganka, znów wędrujemy wzdłuż grubych murów między halabardami i zbrojami. W naszym pokoju łoże z baldachimem, kilim na podłodze, wysokie zamkowe okna wychodzą wprost na rzekę. Ogarnia nas cisza absolutna, jakby ktoś rozpostarł nad nami miękki, aksamitny granatowy namiot, nigdy jeszcze nie spotkałam takiej ciszy.
Lord zasypia zmęczony podróżą i ukołysany winem, a ja delikatnie wysuwam się z łóżka. Siadam w głębokim wykuszu okiennym jak na ławce, obejmuję ramionami nagie kolana, patrzę na rzekę, na której światło księżyca układa srebrne łuski. rzeka w srebrnej zbroi, mówię do siebie. podobają mi się te słowa. "rzeka w srebrnej zbroi", może powinnam pisać wiersze.Wsłuchuję się w ciszę, która niczym mi dziś nie grozi, i pierwszy raz od dawna myślę, że może wszystko będzie dobrze.
***
A potem już nic dobrze nie było. Prawda, Romo? Będziesz biegać za nim po ulicach wieczorem,
w nocy, o świcie, wszystko jedno kiedy. Będzie wracał nad ranem skruszony, rozbity, bezradny jak dziecko. Będziesz myć mu ręce i twarz, rozbierać go, kłaść do łóżka.
- Pieniądze - będzie mówił z bezradnym uśmiechem - zobacz, miałem gdzieś w kieszeni
pieniądze. - Przeszukujesz jego portfel, kieszenie, pieniędzy nie ma, ani grosza. - A kapelusz?
Miałem wcześniej kapelusz.
- Kapelusz jest. Śpij teraz!
Twoja młodość to już nie będą te zdjęcia w białej sukience wśród kwiatów, nie będą to też halki, szpilki ani kolczyki, nic nie będą cię obchodzić koledzy z Akademii, którzy się w tobie kochają i noszą cię na rękach aż do pracowni na trzecie piętro. Wszystko przestanie mieć znaczenie.
Twoja młodość to będzie bezradne bieganie za pijakiem, twoja młodość. moja. nasza.
Dziś staję przed lustrem, widzę w nim twarz zmęczoną, siwe włosy na skroniach, tonę w tysiącu spraw, z którymi sobie nie radzę.
Chcę mieć z powrotem tę moją młodość, co z nią zrobiłaś? I kto ci na to pozwolił?
Przecież to jest także i moje życie! Na co zamieniłaś, dlaczego zmarnowałaś nasze siły. Twoje zapewnienia, że drugi raz już byś tego nie zrobiła! Zrobiłabyś, oczywiście, zrobiłabyś w każdej chwili, gdybyś drugi raz pokochała pijaka.


Roma Ligocka na Facebooku

Droga Romo
I wydanie
format 145x205 mm
oprawa twarda
ISBN 978-83-08-05417-8
KUP KSIĄŻKĘ

Wolna miłość
I wydanie
format 123x197 mm
oprawa twarda
ISBN:978-83-08-05236-5
KUP KSIĄŻKĘ

Dobre dziecko
I wydanie
format 210 x 297 mm
oprawa twarda
ISBN 978-83-08-04867-2
KUP KSIĄŻKĘ

Tylko ja sama
I wydanie
format 123 × 197 mm
oprawa broszurowa
ISBN 83-08-03646-5
KUP KSIĄŻKĘ

Księżyc nad Taorminą
wydanie: I
oprawa: twarda
ISBN: 978-83-08-04791-0
KUP KSIĄŻKĘ
Róża. Obrazy i słowa
I wydanie
format 210 x 297 mm
oprawa twarda
ISBN 978-83-08-045-45-9
KUP KSIĄŻKĘ
Dziewczynka w czerwonym płaszczyku

współpraca:
Iris von Fickenstein
I wydanie tej edycji
format: 145 x 205 mm
oprawa: twarda
ISBN 978-83-08-04447-6
KUP KSIĄŻKĘ

Czułość i obojętność
I wydanie
format C
oprawa twarda
ISBN 978 83 08-0409
cena detaliczna 29,99 zł
KUP KSIĄŻKĘ

Wszystko z miłości.
I wydanie
format C
oprawa: twarda
ISBN 978 83 08-04098-0
cena: ok. 29,99 zł
KUP KSIĄŻKĘ

Znajoma z lustra
I wydanie
format 123 × 197 mm
oprawa twarda
ISBN 83-08-03868-9
cena detaliczna 29,99 zł
Dzisiaj 10% taniej: 26,99 zł
KUP KSIĄŻKĘ
Kobieta w podróży
I wydanie
przełożyła: Sława Lisiecka
format 124 × 197 mm
oprawa broszurowa
ISBN 83-08-03285-0
© Wydawnictwo Literackie 2006-2014 projekt i wykonanie: YELLOWTEAM.PL