książki - fragmenty powrót >>

Wściekłość na schodach

W moim dzieciństwie mówiło się krótko: "Bądź grzeczna". Krzyczeć, tupać, rzucać się na ziemię nie było wolno. Należało być grzecznym-zawsze. Opanowanie, uprzejmość, kontrolowane zachowania służą uporządkowaniu życia, są zdobyczą naszej cywilizacji. Nieokazywanie uczuć daje nam poczucie bezpieczeństwa, nie warto bowiem byle komu i byle gdzie demonstrować własnej słabości.

Kto krzyczy nie ma racji"- mówi się słusznie. Mądry głupiemu."-mówi się także. Trzymamy się więc, trzymamy fason, nie zdradzamy wzburzenia, liczymy do dziesięciu, do stu nawet-byle tylko nie wypaść z roli, byle publicznie czy prywatnie się nie zbłaźnić. (.)

Tylko dlaczego potem tak często boli nas żołądek? Albo serce, albo wątroba?

Może dlatego ze nigdy nie wiemy co, ile i kiedy nam wolno.

Ciekawe życie

Obyś żył w ciekawych czasach - mówi stare, nie, nie chińskie przysłowie. Upieram się, że żydowskie,
tak się mówiło u nas w domu i nie wygląda
na to, że było to tłumaczenie z chińskiego. Zresztą
jeśli chodzi o życie w ciekawych czasach, to tego
akurat Żydom naprawdę nigdy nie brakowało. Dla
siebie zaś i na własny użytek zmieniłam sobie to
powiedzenie na: "Obyś miał ciekawe życie". No
i takie mam. Jakoś nigdy długo nie było ono spokojne
- nie umiałam sprawić, aby nic ciekawego
i dramatycznego się nie działo.
Ciekawe życie - przekleństwo czy błogosławieństwo?
Przywilej to czy klątwa? Miotać się,
szarpać, ale zwiedzać swoje własne życie z ciekawością,
jak jakieś muzeum osobliwości - czasem
jak gabinet średniowiecznych tortur, a czasem jak
skarbiec pełen drogocennych klejnotów. A może
wystarczy zawsze wszystko rozsądnie planować,
tej czystki ocalał. List ma datę 17 września 1978
roku. "Kochana Romeczko - jestem roztrzęsiona
jak wąż." - tak się zaczyna.
Wyrzuciłam czy zostawiłam, przechowałam
czy zgubiłam - może to rzeczywiście nie jest takie
ważne? Może naprawdę ważne jest tylko to,
co przechowujemy w pamięci - nie tej komputerowej,
ale naszej własnej?
Kiedy po śmierci mojej mamy po raz pierwszy
weszłam do jej pokoju, gdzie ją znaleziono,
na stoliku nocnym koło łóżka zobaczyłam otwartą
książkę, a na niej okulary. Oprawka była zniszczona,
przyżółkła na brzegach, przetarta tam, gdzie
zakładało się ją za uszy.
Nigdy chyba nie odczułam równie dojmującego
ściśnięcia serca jak na widok tych okularów. Pozostały
osierocone - samotny, wierny przedmiot,
teraz równie bezbronny jak jego właścicielka.
Nie mam ich już dzisiaj, nawet nie wiem, gdzie
się podziały. Od lat próbuję uciec od tego wspomnienia,
uciec od miłości, na którą już za późno.
Uciec albo chociaż nie podchodzić zbyt blisko.
przewidzieć wszelkie niebezpieczeństwa, przed
wszystkim się zabezpieczyć? Zadbać o wszystko.
A potem już tylko nie zbaczać z kursu i jak przez
wzburzone morze płynąć prościutko, gładko - od
urodzenia do zgonu?
No i teraz moje życie znowu mnie zaskoczyło.
Nie jestem tylko pewna, czy powinnam o tym opowiadać.
Nie wierzę, że wszystko, co przeżywam,
choćby nie wiem jak radosne czy bolesne, musi
interesować innych. Jeśli więc mimo wszystko
podzielę się z czytelnikiem przygodami minionych
tygodni, to w nadziei, że niektórzy właśnie
teraz pakują kufry, właśnie się przeprowadzają
albo dopiero coś takiego planują.
Przeprowadzka. Znowu przyszedł taki moment
- już wiem, że nie mogę tu zostać, muszę
jechać dalej. Pakuję się, odchodzę, wyprowadzam
się. Tutaj już wszystko dawno straciło sens
i smak. Zmieniam mieszkanie, zmieniam miasto.
Po wielu latach tu spędzonych pędzę dalej. Będę
się uczyć wszystkiego od nowa. Inne kolory, inne
światło, inny zapach, widok z okna. Ile kroków będzie
z kuchni do salonu, z pokoju do łazienki? Jaka
będzie w dotyku poręcz schodów, jaka okaże się
ulica, którą odtąd nazywać będę "moją ulicą"?
Niby wszystko to już wiem, ale nie wiem naprawdę.
I nie wiem, czy mogę tak postąpić wobec
mieszkania, które było dla mnie dobre i opiekuńcze
przez wszystkie te lata? Czy mogę je tak porzucić,
nagie i bezbronne, oddać obcym ludziom,
których może nie będzie lubiło? Pomiędzy piekłem
i niebem jest tylko moje życie i moja decyzja
- najbardziej kruche rzeczy na świecie.
Któregoś ranka wstaję, wypijam kawę i zaczynam
pakować pierwszy karton. Biorę do rąk
przedmioty, które dotąd miały swoje stałe, bezpieczne
miejsca. Owijam je w gazetę, ostrożnie
układam w kartonach. Ubrania na podłodze piętrzą
się w gigantyczny stos. Brodzę po kolana
w sukienkach, bluzkach, sweterkach - w tej
kolorowej, niepotrzebnej rzece. Byle tylko nie liczyć,
ile to wszystko kiedyś kosztowało, i nie myśleć,
co by było, gdybym teraz miała te wszystkie
pieniądze. A potem jeszcze przyjdą zdjęcia, które
też trzeba jakoś posortować, popakować.
Listów nie przechowuję już od dawna. Bo to
nie tylko moja prywatność, ale też tego, który je
pisał. Pamiątki - czym są? Zaklętą w materię
tamtą chwilą. Co zachować, a co wyrzucić?
Zdejmuję z drzwi wizytówkę, dojadam ostatnie
konfitury. Już tu nie mieszkam, a jeszcze nie
mieszkam tam. Wyłączam telefon i faks. Ulga
i spokój - przez chwilę po prostu mnie nie będzie.
O świcie przychodzą panowie od przeprowadzek
- bardzo niezadowoleni. "Wszystkiego jest
za dużo i za ciężkie" - mówią i nawet nie wiedzą,
jak bardzo mają rację.
Za dużo, za ciężko - najwięcej ważą wspomnienia
i strach, że będzie obco, smutno. Że sobie
nie poradzę. Kiedyś, przed laty, odwiedziłam
w Lucernie pewnego katolickiego pisarza i filozofa.
Stare, spokojne, miłe szwajcarskie miasto.
I taki też był tego starszego pana dom: stary, chyba
średniowieczny, grube mury, śmieszne okiennice,
poczerniałe od starości drewniane stropy.
"Tutaj urodzili się moi rodzice, dziadkowie i wszyscy
w mojej rodzinie. Tu też urodziły się moje
dzieci" - mówi gospodarz i dorzuca drewna do
olbrzymiego kominka.
Za oknem przepływają łagodne szwajcarskie
obłoczki, a ja serce mam pełne zazdrości i gardło
ściśnięte od płaczu. Myślę o moich rodzicach
i dziadkach, którzy całe życie tylko pakowali kufry,
tłumoki z pościelą, tekturowe walizki - pakowali
i rozpakowywali.
"Czytałem pani książki - mówi gospodarz -
i zazdroszczę, bo pani miała naprawdę ciekawe życie.
A my tylko tutaj. Zawsze tylko tutaj" - wzdycha
na pożegnanie. Zazdrości mnie, wiecznemu
tułaczowi, a ja zazdroszczę jemu. Nigdy nie będę
wiedziała, kto ma rację. Ale życzę wszystkim, aby
zawsze mieli spokojny dom albo przynajmniej zawsze
od nowa próbowali go sobie stworzyć.

Jak w kinie

Był sierpień, upał - wakacje. O poranku odprowadziłam
synka do autobusu, który miał go zawieźć
na obóz letni. Wracałam pieszo, pustymi ulicami
Wiednia. Powietrze było szare od gorąca - grube,
stare mury dzień i noc utrzymywały temperaturę
jak w piekarniczym piecu. Nieliczni o tej
porze turyści, przyodziani w przyciasne koszulki,
koszmarne majtasy i sandały - snuli się leniwie,
liżąc lody i mało zwracając uwagi na przepiękną
architekturę miasta, które ich otaczało.
Wracałam trochę smutna - już zaczynałam
tęsknić za swoim dzieckiem. Był to akurat okres,
kiedy miałam nieco więcej pieniędzy i mogłam mu
zapewnić dużo bardziej luksusowe wakacje - ale
mój syn uparł się tylko na ten, dosyć spartański
obóz pod namiotami. Miał dwanaście lat i tam
właśnie spotykali się jego najlepsi koledzy. Nie
miałam więc wyboru. Poprzedniego wieczoru długo
pakowaliśmy razem jego plecak, który w końcu
okazał się większy od niego. Rano stanęłam w tłumie
równie jak ja niespokojnych matek - oraz
rozwrzeszczanych, podnieconych dzieci.
Syn mój, po krótkiej utarczce z dwoma dryblasami,
wywalczył sobie w autobusie miejsce
przy oknie i zaczęło się machanie chusteczkami
- a moja służyła również do dyskretnego wycierania
łez.
Wreszcie, kiedy autobus zaczął już nabierać
prędkości, a jeden z dryblasów pokazał mi przez
szybę pięść z wyciągniętym środkowym palcem -
zrozumiałam, że czas wracać.
Dobrze mi się wtedy powodziło. Przez krótką
chwilę i niezrozumiały kaprys losu życie postanowiło
trochę mnie pogłaskać.
Pracowałam w Operze wiedeńskiej - mogłam
tu projektować takie kostiumy, o jakich zawsze
marzyłam. Wynajęłam piękne stare mieszkanie
z widokiem na Stephanskirche.
A teraz jeszcze ten film.
Duża, międzynarodowa produkcja. Reżyser,
Amerykanin, młody, trochę narwany i bardzo przejęty,
gdyż miał to być jego pierwszy fabularny obraz.
Kręcić mieliśmy przez dwa wakacyjne miesiące.
Ponieważ w Operze były urlopy, wynajęto
nam tam wielką, pustą teraz salę prób, gdzie umieścił
się nasz sztab. W Operze znajdowały się też
warsztaty i magazyny kostiumów, w których czułam się jak w domu. Wszystko więc układało się
wprost cudownie. Tylko upał nie chciał zelżeć, nawet
przybierał na sile.
W operowym holu panował na szczęście miły
marmurowy chłodek. Zaraz na schodach wpadłam
na asystentkę reżysera.
- Wrócił, wyobraź sobie - wrócił i przywiózł
gwiazdę - zawołała do mnie przejęta, potrząsając
krótko obciętą ciemną czupryną.
Chodziło o naszego reżysera, który do tej
pory nie mógł znaleźć kandydatki do głównej roli
- choć oczywiście cała pozostała obsada została
ustalona już dawno. Tylko tej dziewczyny brakowało
- miała nazywać się Julia, miała być młoda,
uwodzicielska, oczarowywać wszystkich - i jeszcze
musiała być tancerką. Nasz Amerykanin tygodniami
całymi przyglądał się dziesiątkom dziewcząt
- żadna nie była tą. Wreszcie któregoś dnia
wsiadł w samolot i poleciał do Paryża. I tam ją
znalazł.
- Wyobraź sobie, spotkałem ją zaraz pierwszego
dnia - opowiadał podekscytowany, kiedy
zebraliśmy się w sali prób. - Zobaczysz, jaka jest
cudowna, piękna, nadzwyczajna. i naprawdę ma
na imię Julia. Tylko, błagam, zaopiekuj się nią trochę
- ja jestem teraz tak strasznie zajęty. Zajmij
się nią jak mama dzieckiem - ty to potrafisz! -
rzucił jeszcze przez ramię. Jak już powiedziałam,
był narwany, a także dosyć bezczelny.
Siedziała w saloniku na fotelu, z nogami przewieszonymi
przez poręcz. Szczupła, ubrana w cienki
niebieski sweter i wąskie spodnie. Bez żadnej
biżuterii - nie miała nawet zegarka. Tylko na
podłodze leżała rzucona niedbale ogromna torba-
-worek od Louis Vuittona, chyba dziesięć razy
droższa od wszystkiego, co dziewczyna miała na
sobie.
Siedziałyśmy potem długo - gadałyśmy o byle
czym, a ja mogłam się jej dobrze przyjrzeć. Bardzo
młoda - miała nie więcej niż dziewiętnaście
lat - i blada. Nie byłam pewna, czy rzeczywiście
każdy musiałby się od razu zakochać w takim obłoczku.
Ale była rzeczywiście piękna - wielkie
szare oczy, twarz o delikatnie rzeźbionych rysach,
długie włosy koloru miodu. i miała figurę modelki
- o moje kostiumy, zaprojektowane przecież
dużo wcześniej, mogłam się już nie martwić. Wydała
mi się tylko jakoś ponad miarę nerwowa, roztrzęsiona.
Paliła papierosa za papierosem, drżały
jej ręce, stale pytała o godzinę. Rozumiałam, że
może to być trema z powodu poważnego debiutu.
Ale jak sama mówiła, coś już gdzieś tam grała,
wiedziała, czym jest film.
Jakiś czas później odnalazł się reżyser. Wpadł
zabrać ją na kolację i przy okazji szczegółowo
wprowadzić w rolę. Na pożegnanie dałam jej moją
wizytówkę z domowym numerem telefonu.
- Jeśli będzie pani miała jeszcze jakieś pytania
w sprawie kostiumów, albo tak w ogóle - proszę
dzwonić w dzień lub w nocy - powiedziałam.
Chciałam być miła.
W domu zabrałam się przede wszystkim do
porządkowania rzeczy mojego dziecka, porozrzucanych
podczas pakowania w straszliwym chaosie.
Buty, koszulki, książki. Zajęło mi to cały wieczór.
i nie całkiem się udało. Co chwilę przysiadałam
z jego sweterkiem w dłoniach, aby przypomnieć
sobie znajomy zapach.
Późnym wieczorem, zbuntowana przeciw tęsknocie
- postanowiłam być dobra dla siebie. Nastawiłam
łagodną muzykę, zrobiłam sobie kąpiel,
ponakładałam różne kremy i maseczki. Wreszcie,
w ulubionym miękkim różowym szlafroku, wyciągnęłam
się na kanapie z książką w ręku.
Przysypiałam już, gdy rozległ się dzwonek do
drzwi. Nie lubię nagłych dzwonków, szczególnie
w nocy. Nie otwierać - postanowiłam w pierwszej
chwili. Otworzyłam jednak - tak szybko, że
zapomniałam nawet zetrzeć z twarzy maseczkę.
Stała na schodach, ubrana tak samo jak przedtem
w spodnie i niebieski sweter - z tym swoim
niedorzecznie drogim workiem u stóp.
- Nie mogę mieszkać w tym hotelu, przepraszam,
może zna pani jakiś inny hotel - ja nie
mogę tam mieszkać. - nie było to nawet całe
zdanie, tylko pojedyncze, nie poukładane słowa.
- Wejdź, proszę - nie będziemy rozmawiały na
schodach - uznałam, że nadszedł czas, abyśmy
przeszły na "ty".
Siedziała potem na mojej kanapie. Była jeszcze
bardziej roztrzęsiona niż po południu. Drżały
jej nie tylko ręce, ale i usta, oczy miała zaczerwienione.
Zrobiłam jej herbatę. Siedziała, popijając
małymi łykami, szczupłe palce obejmowały filiżankę
- widziałam, że powoli się uspokaja - ale
wiedziałam także, że już się wstydzi tego nocnego
najścia. I że prawdopodobnie nie dowiem się, o co
w tym wszystkim chodzi.
- Czy coś się stało? - spytałam tylko.
- Nie, nic zupełnie. Po prostu nie chcę spać
w tym hotelu, nie mogę. Tam jest niedobra atmosfera.
gdyby można było znaleźć inny. - W jej
głosie nie było już napięcia. - Przyszłam, bo pani
była taka miła dla mnie - jedyny człowiek w całej
tej zwariowanej ekipie. No i miałam tę wizytówkę.
Siedziała przede mną - szczupła, nerwowa,
paliła papierosy, których zapachu nie znoszę. Była
już dwunasta.
- Chcesz zostać tutaj na noc? Rano na pewno
wszystko się ułoży.
Chciała.
Wyszłam po pościel dla niej, a kiedy wróciłam,
spała już zwinięta na kanapie, z głową opartą na
łokciu. Przykryłam ją kocem, wsunęłam poduszkę
pod głowę - od biedy mogłaby być moją córką -
pomyślałam sobie.
Rano obudziła mnie krzątanina w kuchni.
Pachniało kawą.
- Obudziłam się wcześnie - nie wiedziałam,
co lubisz - bułki czy croissanty. Kupiłam i jedno,
i drugie.
Siedziała na kuchennym stole, popijała kawę
i wesoło machała długimi nogami. Obok niej leżała
torba z pieczywem.
Nie lubię jeść na śniadanie bułek ani tłustych
rożków, a nawet gdybym lubiła - nie czynię tego
ze względu na linię. Nie lubię też, gdy ktoś siedzi
rano na moim kuchennym stole i macha nogami
- szczególnie zanim wypiję pierwszą kawę. Ale
nie było już i tak na nic czasu.
Następnego dnia zaczynały się zdjęcia. Miałam
jeszcze mnóstwo pracy - ona zresztą też. Odwiozłam
więc tylko gwiazdę do hotelu - i oddałam
w ręce naszej asystentki reżysera. Wychodząc
przez wielkie szklane drzwi, zderzyłam się prawie
z wysokim, długowłosym facetem w czarnej skórzanej
kurtce. Nie wiedziałam, dlaczego obrzucił
mnie ciężkim, pełnym wrogości spojrzeniem.
Julię zobaczyłam dopiero następnego dnia na
planie. Umalowana i ubrana do zdjęć, z włosami
upiętymi wysoko, wydała mi się jeszcze ładniejsza,
a przy tym spokojniejsza i jakby bardziej dorosła.
Błękitna szyfonowa sukienka, którą zaprojektowałam
w ciemno - okazała się jak dla niej
stworzona. Kręciliśmy w nicejskim parku. Była
to scena, kiedy Julia opowiada swoim dwóm przyjaciółkom
o chłopaku, którego poznała poprzedniego
wieczoru - uświadamia sobie nagle, że już
jest w nim zakochana.
Stały wszystkie trzy na polance wśród drzew
- w złotych, ukośnych promieniach sierpniowego
słońca.
- Dobrze - reżyser klasnął w dłonie - bardzo
dobrze, dziękuję. Wracajcie.
Wracały roześmiane. Julia szła pierwsza -
tamte za nią.
Wtedy padł strzał - usłyszałam tylko lekkie
puknięcie. Przez kilkanaście chyba sekund nie
rozumiałam jeszcze, co się stało, dlaczego Julia
leży na trawie, dlaczego reżyser nerwowo macha
rękami i wszystkich od niej odsuwa.
Aż zobaczyłam cienką strużkę krwi na niebieskiej
sukience. A potem ktoś pobiegł do telefonu.
Nie, nie jest to początek powieści kryminalnej.
A ja nie byłam sławną kobietą detektywem.
Nikt też, chwała Bogu, nie oskarżył mnie o udział
w morderstwie.
Znaleziono go już po kilku godzinach - były
narzeczony, podobno zazdrosny, podobno niezrównoważony
psychicznie. Przyjechał za nią do Wiednia.
Kłócili się.
Julia nie umarła. Miała uszkodzone płuco, spędziła
kilkanaście dni w szpitalu - potem wróciła
do Paryża. Dlaczego wybrał sobie ten dzień, takie
miejsce? W gruncie rzeczy nie było to aż tak głupie.
W parku znajdowało się wielu ludzi - łatwo
było się tam dostać i łatwo było uciec. A w ekipie
filmowej - każdy zajęty swoimi sprawami, nikt
i tak nie zwraca na nikogo uwagi. A może po prostu
chciał znaleźć się choćby na chwilę w blasku
reflektorów, tak jak ona?
Zgarnięto go jeszcze tej samej nocy na dworcu,
kiedy wsiadał do paryskiego pociągu.
Prace nad filmem przerwano i nie wznowiono
ich już więcej - nie tylko z powodu wypadku.
Także i dlatego, że producentowi przez ten czas
zabrakło pieniędzy.
A ja? Ja byłam szczęśliwa, kiedy dwa tygodnie
później zobaczyłam mojego syna - gramolącego
się z autobusu z nie dopiętym plecakiem, z którego
wysypywały się rzeczy.
Był brudny, ubranie miał zmięte - ale był
opalony, jego włosy stały się jeszcze jaśniejsze niż
przedtem, a w niebieskich oczach błyszczały radosne
iskierki. I tak strasznie wydoroślał.
Dziś, po latach, zdarza mi się czasem w chwilach
depresji, szczególnie kiedy coś mi się akurat
nie bardzo układa, że zastanawiam się nad całym
swoim życiem - nad tym, ile było w nim zmarnowanych
szans, niedopatrzeń, porażek i ile było
w tym mojej winy.
Przypominam sobie wtedy także tę noc, kiedy
przyszła do mnie Julia. Zastanawiam się, co zaniedbałam.
I czy mogłam wtedy coś zrobić, aby zmienić bieg wydarzeń.

 

Roma Ligocka na Facebooku

Droga Romo
I wydanie
format 145x205 mm
oprawa twarda
ISBN 978-83-08-05417-8
KUP KSIĄŻKĘ

Wolna miłość
I wydanie
format 123x197 mm
oprawa twarda
ISBN:978-83-08-05236-5
KUP KSIĄŻKĘ

Dobre dziecko
I wydanie
format 210 x 297 mm
oprawa twarda
ISBN 978-83-08-04867-2
KUP KSIĄŻKĘ

Tylko ja sama
I wydanie
format 123 × 197 mm
oprawa broszurowa
ISBN 83-08-03646-5
KUP KSIĄŻKĘ

Księżyc nad Taorminą
wydanie: I
oprawa: twarda
ISBN: 978-83-08-04791-0
KUP KSIĄŻKĘ
Róża. Obrazy i słowa
I wydanie
format 210 x 297 mm
oprawa twarda
ISBN 978-83-08-045-45-9
KUP KSIĄŻKĘ
Dziewczynka w czerwonym płaszczyku

współpraca:
Iris von Fickenstein
I wydanie tej edycji
format: 145 x 205 mm
oprawa: twarda
ISBN 978-83-08-04447-6
KUP KSIĄŻKĘ

Czułość i obojętność
I wydanie
format C
oprawa twarda
ISBN 978 83 08-0409
cena detaliczna 29,99 zł
KUP KSIĄŻKĘ

Wszystko z miłości.
I wydanie
format C
oprawa: twarda
ISBN 978 83 08-04098-0
cena: ok. 29,99 zł
KUP KSIĄŻKĘ

Znajoma z lustra
I wydanie
format 123 × 197 mm
oprawa twarda
ISBN 83-08-03868-9
cena detaliczna 29,99 zł
Dzisiaj 10% taniej: 26,99 zł
KUP KSIĄŻKĘ
Kobieta w podróży
I wydanie
przełożyła: Sława Lisiecka
format 124 × 197 mm
oprawa broszurowa
ISBN 83-08-03285-0
© Wydawnictwo Literackie 2006-2010 projekt i wykonanie: YELLOWTEAM.PL